Sanatorium zwane „ciuchy po domu”…

O tym, że wygląd ma kolosalne znaczenie, pisać w kobiecym magazynie nie muszę. Każda z nas przed wyjściem z domu sprawdza przed lustrem swój wygląd. Szczególnie do pracy staramy się ubrać tak, aby wyglądać efektownie i profesjonalnie. Wiele z nas, nawet kiedy idzie tylko do piekarni za rogiem, wykonuje chociaż szybki makijaż. Podobnie, nie bez przyczyny, szykując się na randkę, spędzamy długie godziny na przygotowaniach: nakładamy maseczkę na twarz, prasujemy sukienkę, układamy włosy, powlekamy paznokcie lakierem. Dlaczego? Dlatego, że wartości duchowe są tak ważne? Ależ skąd! Wszystkie doskonale wiemy, jak istotne jest pierwsze wrażenie. Zresztą nie tylko pierwsze, bo przecież jakieś wrażenie robimy codziennie. Na wszystkich.

Garderoba domowa

Wychowywane w czasach kryzysu, nauczone, że do szkoły nosimy ładne rzeczy, a po powrocie składamy je w kosteczkę i zakładamy te do znoszenia, gubimy gdzieś sens ubierania się. Stroimy się na wyjście ze znajomymi, do urzędu, szczególne okazje takie jak święta, wesela. Wszystko to jest uzasadnione i logiczne. Mnie frapuje tylko kwestia garderoby domowej. Tu pozwalamy sobie na nijakość. Zakładamy na ciało rzeczy, które dawno, dawno temu, za górami, za lasami, wyglądały na nas pięknie. Teraz już się zniszczyły i „przeterminowały”, nie można w nich wyjść na ulicę, ale też żal wyrzucić. Ich bajka nie ma jednak szczęśliwego finału. Trafiły do sanatorium dla staruszków, zwanego „ciuchy po domu”, aby niegodnie ciągnąć swoją nigdy niekończącą się opowieść.

W poplamionym dresiku

Oto matka Polka. Kobieta przy garach lub przed telewizorem. W poplamionym dresiku z wypchanymi kolanami oraz podkoszulku, którego szwy powędrowały na koniec świata. Ja się pytam: czy my mamy jakąś karę? A może nasi najbliżsi mają karę? Bez wątpienia jesteśmy piękne, a ładnie ubrane stajemy się jeszcze wspanialsze, bo mamy lepsze samopoczucie. Mimo to po ciężkim dniu spędzonym na wysokich obcasach, zrzucamy z siebie wszystko, co naszą wyjątkowość podkreśla. Zamiast rajskiego ptaka, serwujemy najbliższym siebie w wersji „kura” i to nierzadko pozbawiona upierzenia.

Kochamy ciuchy?

Sama jestem zwolenniczką miękkiego komfortu. Ponad wszystko. I wcale nie twierdzę, że po powrocie nie należy zdejmować biznesowej garsonki. Wręcz przeciwnie, zachęcam do szacunku dla odzieży. W końcu do wyprodukowania jednej bawełnianej koszulki zużywa się 20 000 litrów wody. Tak, jednej koszulki. 20 000 litrów.
Inną kwestią jest powszechnie uznane za prawdziwe, twierdzenie, że my, babki, nie ubieramy się ani dla siebie, ani dla naszych mężczyzn. Robimy to dla innych kobiet. Podobno najczęściej, aby wzbudzić ich podziw, a nawet zazdrość. Ja interpretuję to z nieco innej perspektywy. Jedni lubią kino, inni książki, motocykle, taniec, politykę. My kochamy ciuchy. Urocze pantofelki z czerwoną podeszwą i błyszczące diamenciki na skrzydełkach koszuli. Taką pasję zrozumie tylko druga kobieta. Za upolowaną zdobycz, cudny szal lub płaszczyk, bez wątpienia zasługujesz na podziw i porozumiewawcze spojrzenia. Nowinki, lumpowe labirynty, dżungla galerii handlowych. Taka nasza bajka. A w domu innych kobiet nie ma. To fakt.

Kardigan budzi niepokój

Z badań wynika, że mężczyźni w kwestii damskiego ubioru są dość konserwatywni. Nie rozumieją fenomenu haremek, nie wiedzą czym jest baskinka, ba, nawet słowo „kardigan” budzi w nich niepokój. Ale skoro tak, znaczy, że domowy dress code ma dość nisko postawioną poprzeczkę. Nie musisz starać się, aby najbliższych zaskoczyć znajomością trendów. Do szczęścia wystarczy im kilka zestawów, kupionych wyłącznie do życia w rodzinie. Zimą sprawdzi się dłuższy ciepły sweterek i getry, latem lekka kobieca sukienka – ma tę zaletę, że wkładasz ją przez głowę i już jesteś ubrana. Może być to i dresik, ale świeży, przyjemny w dotyku, a najlepiej w smacznym i twarzowym kolorze. Od razu dodam, że czarny nie jest ani smaczny ani twarzowy. Pomyśl o brzoskwiniowym, albo szykownych barwach wytrawnego czerwonego wina. Gwarantuję, że przestaniesz przemykać obok lustra, za to zatrzymasz się i spojrzysz na siebie z zachwytem. Podobnie jak osoby, które są dla ciebie najważniejsze na świecie – Twoi bliscy.

Trener, wykładowca psychologii wizerunku i komunikacji. NEUROWIZERUNEK®

NEWSLETTER

Dołącz do grona osób, pragnących świadomie kształtować swój wizerunek. Raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z praktycznymi ciekawostkami, adekwatnymi do czasu i okoliczności.

Dlaczego warto tu być?

Na blogu piszę o tym jak wizerunek - człowieka i marki - wpływa na relacje i sprzedaż. Buduję most między tym co wizualne, a tym, co sobie myśli mózg - często bez naszego świadomego udziału.

Warto tu być, bo oprócz tego, że przestawiam ciekawostki i badania naukowe, wskazuję jak zastosować je w praktyce - w biznesie i życiu prywatnym.

Facebook